Powinnam tyle opisać: remont na odległość, przeprowadzka, nowe-stare miejsce, adaptacja przedszkolna, oswajanie przestrzeni, Synkowe urodziny z tortem Red Velvet własnej produkcji...
Brak weny, zresztą komu chce się to czytać...
Niech mnie ktoś kopnie...
Wiem, co by mi pomogło, wiem gdzie ukryty jest wiatr, który pomógłby moim skrzydłom. Ale nie wiem, jak go obudzić :( I nawet nie wiem czy tego chcę, chyba brakuje mi sił.
czwartek, 3 listopada 2011
piątek, 7 października 2011
GDY NIE MA W DOMU DZIECI...
Wieczorna rozmowa rodziców.
Ja: - Śniło mi się, że byliśmy nad morzem. Wprawdzie z dziećmi, ale dziwnie mieliśmy dużo czasu dla siebie...
Mąż: - Pojechałbym nad morze, na dwa dni, sam... To znaczy tylko z Tobą, bez potomstwa.
Ja: - To kiedy robimy wypad na weekend?
Mąż: - Pewnie jak dzieci się wyprowadzą...
Ja: - Dobra, jutro załatwiam im jakieś mieszkanie :)
Ja: - Śniło mi się, że byliśmy nad morzem. Wprawdzie z dziećmi, ale dziwnie mieliśmy dużo czasu dla siebie...
Mąż: - Pojechałbym nad morze, na dwa dni, sam... To znaczy tylko z Tobą, bez potomstwa.
Ja: - To kiedy robimy wypad na weekend?
Mąż: - Pewnie jak dzieci się wyprowadzą...
Ja: - Dobra, jutro załatwiam im jakieś mieszkanie :)
wtorek, 7 czerwca 2011
DIALOGI RODZINNE 4
Wszelkie jedzenie z dwójką dzieci bywa irytujące. Najlepiej wówczas siedzieć na podłodze, trzymając talerz, z "postawionymi" nogami. Potomstwo stoi po dwóch stronach (bynajmniej nie biernie), słowem - człowiek ma szansę na schudnięcie :)
Wczoraj próbowałam zjeść śniadanie. Sytuacja - jak wyżej, plus gorąco, a tu dwoje małych ludków przylepiających się do mamy. W pewnym momencie puściły mi nerwy.
Mama: Czy mogłabym wreszcie zjeść w spokoju?
Synek: Chcesz zjeść w spokoju? A dlaczego nie w skuchni?
Odpadłam :)
Wczoraj próbowałam zjeść śniadanie. Sytuacja - jak wyżej, plus gorąco, a tu dwoje małych ludków przylepiających się do mamy. W pewnym momencie puściły mi nerwy.
Mama: Czy mogłabym wreszcie zjeść w spokoju?
Synek: Chcesz zjeść w spokoju? A dlaczego nie w skuchni?
Odpadłam :)
poniedziałek, 30 maja 2011
DIALOGI RODZINNE 3
Synek usłyszał jak mówię do męża przez telefon „jedź z Bogiem”.
Synek: Mamusiu, a jak tata jedzie z Bogiem, to jakim samochodem jedzie Pan Bóg?
Mama, na szczęście wybrnęła…: Jak mieliśmy toyotę, to Pan Bóg też jeździł toyotą, a teraz mamy forda (pożyczonego od cioci i wujka), więc Pan Bóg też jeździ fordem.
Synek: Takim samiutkim?
Mama: Tak, takim samym.
Synek: To świetnie!
**********************************************************************************
Przyjechała do nas babcia zwana Bunią. Krzątała się po kuchni, pichciła, robiła ulubioną sałatkę Synka. Mały oczywiście czegoś chciał w danym momencie – chyba chodziło o kompot.
Bunia, odcedzając ziemniaki: Słońce, chwileczkę, mam tyle roboty, nie wiem w co mam ręce włożyć…
Synek widząc gorący garnek z ziemniakami: Buniu, włóż ręce w rękawice!
czwartek, 26 maja 2011
PREZENTY Z OKAZJI DNIA MATKI
Ekipa w składzie Mąż, Synek i Córka - bukiet pięknych bordowych róż.
Synek: wirusowe zapalenie gardła; histeria w gabinecie lekarskim; stworzenie możliwości niesienia go na rękach przez ok. kilometr (14 kg śpiącego 2,5 latka); zmiana pieluchy w parku (!) - na spacery jeszcze nosimy; wieczorna akcja pt. "nie chcę pić niedobrego syropu", uśmiechy, wspólne czytanie książeczek o Franklinie i zabawa w koty-łaskoty.
Córka: pobudka o 5:20; wirusowe zapalenie gardła; problem dziąsłowy - na szczęście to jeszcze nie zapalenie jamy ustnej; super zachowanie podczas badania; spory, jak na Córę, apetyt; ogromne marudzenie w ciągu dnia; spokojny sen na spacerze; zabawa w wycieranie nosa mamie; uśmiechy pięcioząbkowe; wieczorna akcja z zasypianiem.
Taaaaak. Jeśli ten dzień miał mi pokazać, że jestem niezbędna, to ok, zakumałam temat. Jestem zmęczona i ryję nosem w klawiaturę. Macierzyństwo to jedna z najpiękniejszych przygód, jakie mi się dotychczas przydarzyły. Jednak szczerze mogę stwierdzić, że trudno czasami być matką...
Synek: wirusowe zapalenie gardła; histeria w gabinecie lekarskim; stworzenie możliwości niesienia go na rękach przez ok. kilometr (14 kg śpiącego 2,5 latka); zmiana pieluchy w parku (!) - na spacery jeszcze nosimy; wieczorna akcja pt. "nie chcę pić niedobrego syropu", uśmiechy, wspólne czytanie książeczek o Franklinie i zabawa w koty-łaskoty.
Córka: pobudka o 5:20; wirusowe zapalenie gardła; problem dziąsłowy - na szczęście to jeszcze nie zapalenie jamy ustnej; super zachowanie podczas badania; spory, jak na Córę, apetyt; ogromne marudzenie w ciągu dnia; spokojny sen na spacerze; zabawa w wycieranie nosa mamie; uśmiechy pięcioząbkowe; wieczorna akcja z zasypianiem.
Taaaaak. Jeśli ten dzień miał mi pokazać, że jestem niezbędna, to ok, zakumałam temat. Jestem zmęczona i ryję nosem w klawiaturę. Macierzyństwo to jedna z najpiękniejszych przygód, jakie mi się dotychczas przydarzyły. Jednak szczerze mogę stwierdzić, że trudno czasami być matką...
piątek, 6 maja 2011
ZŁODZIEJU...
Nie wiem dlaczego wybrałeś nasz samochód i to właśnie teraz, kiedy jest nam najbardziej potrzebny.
Nie wiem dlaczego nie zadrżała ci ręka kiedy zobaczyłeś w nim naklejkę "dziecko w aucie" oraz dwa dziecięce foteliki.
Nie wiem czy nie ruszyło cię sumienie gdy włączyłeś odtwarzacz i usłyszałeś płytę z dziecięcymi piosenkami - ulubionymi piosenkami naszych dzieci.
Nie wiem czy śmiałeś się czy kpiłeś, że jesteśmy frajerami.
Nie wiem tego i pewnie nigdy się nie dowiem.
Nie wiem kiedy się pozbieram po tym fakcie, chociaż pieniądze dla mnie to rzecz nabyta, a samochód to tylko sprzęt.
Nie wiem, może kiedyć ci wybaczę. Na razie nie umiem i chyba nawet nie chcę.
Najbardziej zabolało mnie, kiedy Synek był rozczarowany, że nie "pokieruje" naszym autem, bo "się zgubiło" i przez dwa dni chodził za mną krok w krok pytając "mama, ale Ty się nie zgubisz?"
Nie pozwolę, żebyś w ten sposób kradł spokój, miłość i bezpieczeństwo mojej rodziny - NIE!
I to WIEM na pewno!!!
Nie wiem dlaczego nie zadrżała ci ręka kiedy zobaczyłeś w nim naklejkę "dziecko w aucie" oraz dwa dziecięce foteliki.
Nie wiem czy nie ruszyło cię sumienie gdy włączyłeś odtwarzacz i usłyszałeś płytę z dziecięcymi piosenkami - ulubionymi piosenkami naszych dzieci.
Nie wiem czy śmiałeś się czy kpiłeś, że jesteśmy frajerami.
Nie wiem tego i pewnie nigdy się nie dowiem.
Nie wiem kiedy się pozbieram po tym fakcie, chociaż pieniądze dla mnie to rzecz nabyta, a samochód to tylko sprzęt.
Nie wiem, może kiedyć ci wybaczę. Na razie nie umiem i chyba nawet nie chcę.
Najbardziej zabolało mnie, kiedy Synek był rozczarowany, że nie "pokieruje" naszym autem, bo "się zgubiło" i przez dwa dni chodził za mną krok w krok pytając "mama, ale Ty się nie zgubisz?"
Nie pozwolę, żebyś w ten sposób kradł spokój, miłość i bezpieczeństwo mojej rodziny - NIE!
I to WIEM na pewno!!!
wtorek, 12 kwietnia 2011
ZJAZD... ALE JEDNAK ŻYJĘ :)
Jak wytłumaczyć moją pięciotygodniową wirtualną nieobecność? Chyba tylko jedno słowo odda je w pełni: kurodomowanie (ko, ko, ko). Z powodu remontu Mąż często poza domem, przyjaciółki zapracowane, siostra także ma nawał roboty. Oczywiście, ofiarne kobiety, zaglądają do nas w miarę możliwości i nie odmawiają pomocy, choćby przy kąpieli dzieciarni.
Dopadł mnie znów tzw. „matczyny zjazd” vel „macierzyński zjazd”. Córa ząbkuje, za nami kolejny skok rozwojowy -> umiejętność stania, chodzenia przy meblach i kanapie, raczkowanie. Cieszę się, że dziecko rozwija się prawidłowo, ale przysparza mi to także stresu… Żyję w ciągłym napięciu, bo Mała już kilka razy zaliczyła głową bliskie spotkanie z podłogą oraz spadła z łóżka. Ale jak to mówią bardziej doświadczeni rodzice: „dziecka nie upilnujesz…” Synek z kolei miewa chwile uwsteczniania, np. łazi na czworaka krzycząc przy tym w niebogłosy, co sprawia, że trafia mnie po prostu szlag.
Na tapecie trening toaletowy prawie dwuipółlatka. To fachowy termin, określenie bardziej prozaiczne: nauka funkcjonowania bez pieluchy. Ile ja się naprosiłam, namawiałam z Synkiem, że „teraz będziesz wołał na kibelek” – groch o ścianę. W niedzielę Mąż po prostu zdjął mu pieluchę i jazda! No i voila: pełen sukces! Wczoraj także. Dziś zdarzyły się dwie małe awarie, ale nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi. Z tej okazji („mama i tata są z Ciebie Synku baaardzo dumni”) w domu pojawiła się nowa książeczka o Franklinie, a dziś zaliczyliśmy wizytę w cukierni. Nie powiem, przyjemnie posiedzieć w pełnym słońcu przy stoliku na powietrzu, nawet jeśli z dość dużego ciastka zje się malutki fragmencik, bo nagroda dla mistrza musi być J
Dopadł mnie znów tzw. „matczyny zjazd” vel „macierzyński zjazd”. Córa ząbkuje, za nami kolejny skok rozwojowy -> umiejętność stania, chodzenia przy meblach i kanapie, raczkowanie. Cieszę się, że dziecko rozwija się prawidłowo, ale przysparza mi to także stresu… Żyję w ciągłym napięciu, bo Mała już kilka razy zaliczyła głową bliskie spotkanie z podłogą oraz spadła z łóżka. Ale jak to mówią bardziej doświadczeni rodzice: „dziecka nie upilnujesz…” Synek z kolei miewa chwile uwsteczniania, np. łazi na czworaka krzycząc przy tym w niebogłosy, co sprawia, że trafia mnie po prostu szlag.
Na tapecie trening toaletowy prawie dwuipółlatka. To fachowy termin, określenie bardziej prozaiczne: nauka funkcjonowania bez pieluchy. Ile ja się naprosiłam, namawiałam z Synkiem, że „teraz będziesz wołał na kibelek” – groch o ścianę. W niedzielę Mąż po prostu zdjął mu pieluchę i jazda! No i voila: pełen sukces! Wczoraj także. Dziś zdarzyły się dwie małe awarie, ale nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi. Z tej okazji („mama i tata są z Ciebie Synku baaardzo dumni”) w domu pojawiła się nowa książeczka o Franklinie, a dziś zaliczyliśmy wizytę w cukierni. Nie powiem, przyjemnie posiedzieć w pełnym słońcu przy stoliku na powietrzu, nawet jeśli z dość dużego ciastka zje się malutki fragmencik, bo nagroda dla mistrza musi być J
Subskrybuj:
Posty (Atom)